piątek, 6 listopada 2015

HISTORIA (MODY) ZATACZA KOŁO :)


Niedawno oglądałam całkiem sympatyczny film „Wiek Adeline”, w którym pewna niespełna 30-letnia kobieta w wyniku przyrodniczego zbiegu okoliczności przestaje się starzeć. Noo, można by powiedzieć marzenie każdej z pań :). Taka „łaskawość” przyrody okazuje się jednak nie taką znowu łaskawością, lata mijają, Adeline wygląda jak własna córka, później jej córka wygląda jak jej babcia, swoje problemy mają itp., żeby już za dużo nie zdradzać.

Co mnie w filmie urzekło, to podróż Adeline przez cały XX wiek, w którym ona wygląda ciągle tak samo a jednak inaczej, bo moda się zmienia, a Adeline chcąc nie chcąc musi za nią podążać. I właśnie taka wycieczka jest inspiracją dzisiejszej sesji. Z góry dodam, że sukcesem jest iż w ogóle się odbyła, bo jeszcze przed wyjściem z domu do mych uszu dotarły słuchy, że połączenie tych butów z tymi spodniami i do tego jeszcze rajstopami (no co, w końcu mimo że słońce, to już nie lato :P) jest najgorszym połączeniem EVER.

W sumie dziwić się co nie ma, bo kiedy wiosną tego roku zobaczyłam na zdjęciach z wybiegu culotte, stwierdziłam, że obrzydliwszych spodni nie ma, i nie ma też mowy, że je kiedykolwiek ubiorę. NEVER! I właściwe nic nie zapowiadało, że zdanie zmienię, do momentu przypadkowego spotkania pod koniec sierpnia na wyprzedaży w h&m na brązowych, pseduozamszowych dzwonów za 30 zł . Od razu w mojej głowie pojawiła wizja Nowego Yorku lat 70’ skąpanego w słodkim brown suede, polały się rytmy r&b i wiadomo, spodni już z rąk nie wypuściłam.

Całość wygląda dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam: czapeczka (była już na blogu w zeszłym roku), syntetyczna etola zamiast biednego, śniętego lisa, oraz kolejna prawdziwa perełka w moich zbiorach - pochodzące z lat 70’ okulary słoneczne Mamy, nazywane przeze mnie od zawsze „Pszczółkami”. Polskie, na których widnieje logo opta Katowice, model - EWA.

Podczas przygotowań stwierdziłam, że w tym zestawie bardzo dużą rolę odgrywają same dodatki. Zaczęłam się nim bawić i zauważyłam, że zmiana chociażby kapelusza, może mnie spokojnie przenieść na nowojorskie ulice lat 20’. Kapelusze, etole, automobile itp. (Ale czy dobrze kombinuję?? Tu musiałaby się wypowiedzieć nasza ekspertka od Historii Mody :)).

Na koniec zostawiłam współczesność. Odrzuciłam wszystko co zbędne, zostając właściwie w kurtce, spodniach i butach, co ze względu na obecną dzwonową modę nie wydawało mi się przegięciem - zgodnie obecnymi trendami, minimalistycznie, w jednej kolorystycznej tonacji, a i tak podczas wycieczki przez miasto różne osoby zawieszały na mnie swój ciekawski wzrok.


The 70'...



The 20'...



Today...


Kurtka - Orsay
Buty - Lasocki
Spodnie - H&M
Kapelusz - Stradivarius
Kaszkiet - Reserved
Rękawiczki - Orsay
Etola - Orsay

A dzisiaj będzie niespodzianka :)
Nieprzypadkowo dziś jest post historyczno-modowy, i wywołana nasza ekspertka Laura Maria. Otóż jakiś już czas temu dostałam od Niej zaproszenie do Liebster Blog Award. Dziękuję :)


1.Jest coś czego nie lubisz, a wszyscy inni zdają się uwielbiać? A może na odwrót?
Święta Xmas, objawiającego się inwazją przerośniętych krasnali w Centrach Handlowych od początku grudnia, i corocznym zawodzeniem Georga Michaela o zeszłorocznych świętach.
2.Czego da się nauczyć tylko z wiekiem?
Pokory i cierpliwości
3.Jaki zapach kojarzy Ci się z dzieciństwem?
Gumy balonowej Donald, oranżady we woreczku, perfum 4711 których używała Prababcia (okropne dusiciele)
4.Pies czy kot? A może złota rybka?
Od 7 lat jest rudy kot. Jest tak dziki, że robi za kilka zwierzaków,
5.Gdybyś miała wybrać jedną piosenkę, która najlepiej opisuje twoje życie, co to byłby za utwór?
When The Saints Go Marching In - bo jest flow, bo jest blues, bo "Lord, I want to be in that number When the Saints go marching in"

6.Na co najczęściej narzekasz?
Jak to w Polsce - no pogodę.
7.Miasto czy wieś?
Wieś
8.Ulubiona metoda na relaks?
Rower
9.Na co marnujesz najwięcej czasu?
Staram się go oszczędzać.
10.Opowiedz o najdziwniejszej rzeczy, którą zrobiłaś w życiu.
Zżarłam laskę cynamonu, pytanie tylko po co? Tak, dla fanu - bo nie wiedziałam, czy potrafię.
11.Co najbardziej zaskoczyło się w blogowaniu?
Że ktoś jednak ma ochotę mnie czytać :)


I coś ode mnie:

1. Blog modowy czy szafiarski ?
2. Wakacje: Bałtyk czy hiszpańskie tropiki?
3. Lepiej na co dzień dobrze zjeść, czy podobać się Bradowi Pittowi?
4. Mój autorytet?
5. Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy?
6. 5 min do wyjścia - mój zestaw awaryjny to ... ?
7. Kawa czy herbata?
8. Dlaczego „dwie kawy i dwie wuzetki”?
9. Jak się nazywa miasto nad Wisłą? Dla ułatwienia dodajemy, że jest to imię króla, który zostawił Polskę murowaną.
10. Pytania są tendencyjne?
11. I moje ulubione pytanie, które zawsze zadaje: Real Madryt czy FC Barcelona? :D

Jako, że z decyzyjnością u mnie ciężko, bo wszystkie blogi, które czytuję są moimi ulubionymi, dla tego proszę każdą i każdego z Was - kto ma ochotę niech dołączy do zabawy, i odpowie na moje pytania!! Będzie mi niezmieeeernie miłooo!!! :)

czwartek, 29 października 2015

WILL I SURVIVE?


Dziś będzie banalnie (to akurat nie nowość) i krótko (jak na mnie :P).

Wczoraj w TK Max - czyli z życia wzięte:
Syn (lat ok 16): patrz Mama, jaki fajny bidon. Super plecak tam znalazłem, chodź pokażę Ci!!
Matka: absolutnie! O żadnym plecaku nie chcę słyszeć, dopóki nowych butów sobie nie wybierzesz!! Będą buty, będzie plecak!
Syn: O nie, buty, po co buty, mam już jedne buty! Muszę? Nie chcę!!!

To się nazywa minimalizm :P.


A tak z innej beczki, to tajemnicą nie jest, że moje ikony stylu kotwiczą w latach 70' (dobra, czasem zahaczają o bardzo późne 60'), a jak wiadomo „Moda przemija, styl pozostaje”, czego owe Pani są najlepszym przykładem:

Bianka Jagger wczoraj i dziś - źródło: internet"


Patti Smith wczoraj i dziś - źródło: internet"


Ponoć w tym sezonie zbliżamy się do garniturowego bumu, więc i ja odświeżyłam sobie zestaw pamiętający jeszcze studenckie czasy. Spodnie i żakiet nie są kompletem. Spodnie zostały kupione w "tworze", którego dziś już nie widuję w galeriach: sklep "Pimkie" - czy jakoś tak. Nie wiem doprawdy jak było to możliwe, bo z tego co sobie przypominam, asortyment sklepu zawsze był dla filigranowych baletnic, a ja w owym czasie jak i dziś z resztą do takich się nie zaliczam. Trzeba jednak przyznać, że te spodnie nigdy jeszcze nie leżały tak dobrze jak dziś - w domyśle nie były tak pięknie luźne ;). Podczas egzaminów musiałam wyglądać więc w nich jak śliwka wepchana w knedel. I oczywiście z glanami na nogach. No trudno, było minęło :P. Żakiet dokupiłam chyba dopiero rok, czy dwa lata później w Orsay'u. Dzisiejsza bluzka to kolejny skarb z osiedlowego ciucholandu i zapłaciłam za nią całe 13 zł :P. Mam nadzieję, że za "dziesiąt" lat będę wyglądać w garniturze równie dobrze jak owe Panie. Celowo wybrałam akurat te dwie, bo chociaż obydwie nosiły "garniaki", to ich styl jest zdecydowanie różny - elegancka Bianka vel. rockowa Patti. Mnie raczej bliżej do Patti, bo jednemu nie można zaprzeczyć - chyba mamy tego samego, rąbniętego fryzjera :P.

(Temat butów pominę cichaczem, bo póki co nie mam innego pomysłu na fajniejszy zamiennik. Kto ma, niech koniecznie pisze! ;))



Żakiet - Orsay
Buty - Mohito
Spodnie - Pimkie
Kapelusz - H&M
Bluzka - Atmosphere (sh)
Torebka - Mohito

czwartek, 22 października 2015

ALL MY JOB IN VAIN

"W dzień gorącego lata", bo wtedy zaczyna się owa historia, zmęczona lejącym się z nieba sierpniowym żarem, zatęskniłam za jesienią. Tak prawdzie, szczerze zatęskniłam. Pomyślałam o jesiennych barwach, przyjemnym chłodzie za okem, i o tym co będę nosić w nadchodzącym sezonie. Wtedy właśnie wpadła w me oko niczym burza Rebecca Minkoff ze swoją jesienno-zimową kolekcją, która w całości zrobiła na mnie piorunujące wrażenie.

źródło: vogue.com


I właściwie wcale się sobie nie dziwię, bo jeśli wierzyć artykułowi z Vogue, to kolekcja powstała pod wpływem książki Patii Smith's "Just Kids", co tym bardziej niezmiernie mnie cieszy, i jest kolejnym przykładem udanego związku mody z muzyką.

Podążając indiańskim zwyczajem tropienia śladów, postanowiłam wytropić, co oferuje moja szafa, gdybym przykładowo chciała odtworzyć sobie jeden z zestawów w ramach zasobów własnego rezerwatu. I co się okazało - ilości wcale nie były takie śladowe, bo znalazły się tam całkiem zdatne: tunika, i kapleusz i torebka. Brakowało mi kluczowego elementu ... butów :(.

Porządne, wysokie kozaki z frędzlami marzyły mi się od dawna, ale albo ciężko było z ich obecnością w sklepach, albo kasa z mojej kieszeni wymiękłaby przy kasie sklepowej, więc rezygnowałam. Tym razem pomyślałam jednak, że może środek lata, to dobra pora na zakup kozaków, może coś zalega w magazynach jeszcze od zimy, albo zeszłorocznej jesieni i trafi się w niskiej cenie, bo kto normalny wylegując się w 35 stopniszczach nad Bałtykiem czy innych topikach, myśli o zakupie kozaków. Tak oto po kilku dniach poszukiwań znalazłam na answer.com ten okaz (klik) . Dziś cena to 299zł, a wówczas 179zł :D. Dobrałam sobie kilka drobiazgów, aby dobić do 200 zł, bo podczas pierwszych zakupów przy tej kwocie dostałam bon na 50zł, a przesyłka była darmowa :). Za całą paczuszkę zapłaciłam więc 150 zł, i byłam przy tym szczęśliwa jak mały, złośliwy trol co wykiwał system :P.

Czarne pióro było kiedyś kolczykiem, ale jeden zgubiłam, więc wyglądałabym jak Indianin z serialu "Renegade". Przetransformował się w zawieszkę na szyji. Kolczyków nie miało być w ogóle, ale same napatoczyły się w Orsay'u, więc nie porgardziłam.

Tylko kurczę jest mi trochę smutno, bo reasumując nie miała to być historia o butach i surdutach.

Paradoksalnie kilka dni później, po tym jak przyszły do mnie kozaki, Artysta wielokrotnie kontrowersyjny (z którym w wielu kwestiach ciężko się zgodzić) porzucił kowbojki, ogłaszając tym samym koniec okresu biesiadnego. Obecnie wbija się w idiotyczne jazzówki. I mam tylko nadzieję, że nie będą one nikogo uwierać. Trzymam kciuk, bo zamierzam ów projekt bacznie obserwować.

Najlepsze są niczym nie zmącone "proste historie". Miało być prosty post - a wyszedł spagetti western, miało być klimatycznie - a weszliśmy na peron - remont wrze, wiatr zawiał - włosy totalnie się rozwichrzyły, wyszło słońce - aparat zwariował, naszyjnik z piórem zlądował na brzuchu. Ehh.. ALL MY JOB IN VAIN.


P.S. No i przepraszam, że jest mnie w ostatnich dniach na Waszych blogach jakby mniej - ten tydzień jak film Hitchcock - rozpoczął się od trzesięnia Ziemi, a następnie napięcie rośnie. Po raz kolejny obiecuję się poprawić !!!.






Sukienka/Tunika - Orsay
Buty - River Island
Kolczyki - Orsay
Kapelusz - H&M
Torebka - Stradivarius

poniedziałek, 12 października 2015

WILD, WILD WINE(house)

"Zobacz, ile jesieni!
Pełno jak w cebrze wina,
A to dopiero początek,
Dopiero się zaczyna."


              Julian Tuwim

Nie wiem jak to się stało, i kto był inicjatorem tego powiązania, ale w tekstach często motyw wczesnej jesieni, babiego lata występuje z winem. Takie mam przynajmniej wrażenie :). A przykład który mi się napatoczył jest tytanową kotwicą w mojej głowie, bo w szkole podstawowej przerabialiśmy go cały miesiąc !!! (Tak Panie Krzysiu, i jak Pana lubię i szanuję, tak było to przegięcie. Mówiłam to wówczas i mówię teraz - po trzech tygodniach miałam ochotę puścić pawia, który nie ma nic wspólnego z pawiami jakie spotkać można spotkać w Warszawskich Łazienkach).

No mniejsza o to. Swoją drogą, to co jest za mną mogłoby być dzikim winem, ale niestety nie jest. Szkoda. Umownie więc, przyjmijmy że to dzikie winorośle, ujrzyjcie je tam proszę, a ja będę udawać zdziwienie w stylu "jak mogłam tego nie zauważyć" i się ucieszę :P ;).

Ponoć wino im starsze tym lepsze. Wychodzi na to, że z blogami jest tak samo :). Początki bywają nieśmiałe, nieokreślone, a później człowiek powoli się rozkręca, jak we wszystkim nabywa doświadczenia, teksty stają coraz ciekawsze, stylizacje coraz fajniejsze - uruchomiona zostaje kreatywna twórczość dla zasobów własnej szafy, z czasem zmienia się i szablon, i blog zaczyna tworzyć spójną apetyczna całość, aż miło popatrzeć. To wszystko jednak nic. Najfajniejsza jest więź z czytelnikami, a raczej czytelniczkami bo to one tu przeważają :). I nie ma co czarować - blog bez czytelników jest jak spektakl bez widowni, czy koncert bez widza. Określając więc moje podejście do blogowania powołam się na wypowiedź klawiszowca Amy Winehouse:

Amy always used to say to me that that was her dream, really, to play in jazz clubs to small audiences

Jako, że w wielu dziedzinach przedstawicielką mainstreamu nie jestem, więc tym bardziej po roku blogowania, który niedawno upłynął, dziękuję każdej z Was (z tego niewielkiego lecz znakomitego wino-GRONA), która średnio raz w tygodniu gości w moim offowym blogowym klubie i czyta te wypociny, wiedząc że i tak żadnej modowej inspiracji-rewelacji tutaj nie znajdzie. Dziękuję!

Mam w głowie pewne zmiany na Bohemian Street, natomiast nie chwalę się, bo lepiej nie wiedzieć i zrobić, niż obiecać i spocząć na laurach.

Żeby nie przedłużać - wszystko poza rewelacyjną paisley tuniką za całe 8zł z sh, gościło już na blogu tylko w innych kombinacjach. Noo i jeszcze "szaliczek" - w tej roli wystąpił pasek od sukienki :). Koneserów muzyki i wina z okazji tej małej rocznicy zapraszam kilkuminutową ucztę na końcu posta, polskim zwyczajem wino, śpiew i kobieta :).


Spodnie - Orsay
Tunika - Atmosphere(sh)
Kamizelka - Orsay
Buty - Stradivarius
Kapelusz - H&M
Torebka - Stradivarius


poniedziałek, 5 października 2015

POSTCARD FROM PARIS


Miłość jest bezinteresowna. Zamiłowanie do prosty jednak się opłaca. Zwłaszcza wtedy, gdy się leci tanimi liniami do światowej stolicy mody, i cały rozumiany przez siebie szyk trzeba zmieścić w bryle o wymiarach 55x40x20 cm. Dziś przesyłam modową pocztówkę z Paryża. Własnoręcznie zaprojektowaną na podstawie tego, co wpadło mi w oko. Rok temu „wymarzyło” mi się deszczowe niebo nad Paryżem… i jeszcze w trakcie lądowania bardzo szybko tego pożałowałam… ;). Paryż przywitał nas deszczem, który towarzyszył nam przez większość czasu. Dopiero ostatniego dnia wyszło słonko, czego nie omieszkaliśmy wykorzystać. Domy mody mają swoją filozofię, a jak wiadomo ulica rządzi się własnymi prawami. A na paryskiej ulicy czuć już jesień – płaszcze, kozaki kapelusze. Po kolei. Trzy trendy (zjawiska ?), które przyciągnęły moją uwagę:


CZERŃ
Champes-Ellyse tonie w czerni, pięknej klasycznej czerni: małe czarne, golfy, spodnie, wysokie kozaki, trencze, total look. Nie jest to bynajmniej widok smutny, ani nudny! Kobiety różnych narodowości, koloru skóry, typu urody przyodziane w czerń i piękny uśmiech na twarzy. Coś fantastycznego.


TRENCZE
Tak, klasyczne beżowe trencze , chociaż spotkać można było też granatowe i czarne. W wydaniu damskim i męskim. To drugie ujęło mnie zwłaszcza, gdy zobaczyłam eleganckiego mężczyznę lat około 50, w czarnym garniturze, eleganckich półbutach i beżowym trenczu poruszającego się po ulicy… rowerem :D. Stylowym, holenderskim. Żałowałam że nie miałam aparatu pod ręką, bo widok u nas ciągle jeszcze nie spotykany.


PASKI
No właśnie – z przewagą czarno-białych. Czasami miałam wrażenie, że większość kobiet –ze mną włącznie – o paryskim stylu wie tyle, ile o piłce nożnej: „Piłka jest okrągła, a bramki są dwie”, wiecie na zasadzie: Elegancja Francja, a paski są poprzeczne. Rożne kombinacje rozstawienia, szersze, węższe, byle pasiaki. No i tu już muszę przyznać, że w przeciwieństwie do klasycznej czerni, w pasiaku nie każdy już wyglądał dobrze.

Słowem klasyka pełną parą i na topie, inwazji boho jakby mniej niż u nas – fedory głównie na głowach turystek z Azji, a jeśli wypatrzyłam na ulicy jakieś ciekawe bohemianki, często po przejściu obok nich okazywało się, że to .. Polki . Frędzle też w wersji bardzo subtelnej – jedynie na torebkach.

Niestety nie miałam ze sobą żadnego kapelusza, bo jak wiadomo chucham na nie i dmucham, i zawsze mam schiza, że zgubię go gdzieś na lotnisku, albo zostanie zdeformowany w schowku przez czyjś bagaż podręczny. Stylizacją nie zaskoczę, bo w ogóle mało rzeczy miałam. Dwie znane Wam pary spodni: beżowe chino i czarne cygaretki (nie obnoszone ze względu na pogodę), trzy pary butów: adidasy – najczęściej wykorzystywane podczas deszczu, moje wygodne mokasyny i czarne baletki (także nie ubrane z przyczyn pogodowych), oraz klika koszulek. Dobrze, że w ostatniej chwili wrzuciłam do plecaka czarny golfik i sweterek „tak na wszelki wypadek”, bo przecież i tak się nie przyda w ciepłym i słonecznym Paryżu… Mój błąd . Nowością jest mała, czarna torebka – zakupiona tuż przed wyjazdem, bo poprzednia zakończyła swój żywot, oraz lekki lokalny nabytek „I love Paris” – prezent od fotografa – służący podczas pobytu do przechowywania niezbędników na deszcz, czyli peleryny i adidasów. Jedna rzecz jest jednak w Paryżu niezawodna: jak nie wiesz w co się ubrać, ubierz się w czerwoną szminkę :)
Miłego oglądania życzę ja - kobieta o dwóch torbach ! :)

Informatyk wszędzie znajdzie "blue screen" :P :D

Spodnie - Orsay
Golfik - Orsay
Sweter - Orsay
Kurtka - Big Star
Buty - H&M
Torebka - Mohito