poniedziałek, 12 października 2015

WILD, WILD WINE(house)

"Zobacz, ile jesieni!
Pełno jak w cebrze wina,
A to dopiero początek,
Dopiero się zaczyna."


              Julian Tuwim

Nie wiem jak to się stało, i kto był inicjatorem tego powiązania, ale w tekstach często motyw wczesnej jesieni, babiego lata występuje z winem. Takie mam przynajmniej wrażenie :). A przykład który mi się napatoczył jest tytanową kotwicą w mojej głowie, bo w szkole podstawowej przerabialiśmy go cały miesiąc !!! (Tak Panie Krzysiu, i jak Pana lubię i szanuję, tak było to przegięcie. Mówiłam to wówczas i mówię teraz - po trzech tygodniach miałam ochotę puścić pawia, który nie ma nic wspólnego z pawiami jakie spotkać można spotkać w Warszawskich Łazienkach).

No mniejsza o to. Swoją drogą, to co jest za mną mogłoby być dzikim winem, ale niestety nie jest. Szkoda. Umownie więc, przyjmijmy że to dzikie winorośle, ujrzyjcie je tam proszę, a ja będę udawać zdziwienie w stylu "jak mogłam tego nie zauważyć" i się ucieszę :P ;).

Ponoć wino im starsze tym lepsze. Wychodzi na to, że z blogami jest tak samo :). Początki bywają nieśmiałe, nieokreślone, a później człowiek powoli się rozkręca, jak we wszystkim nabywa doświadczenia, teksty stają coraz ciekawsze, stylizacje coraz fajniejsze - uruchomiona zostaje kreatywna twórczość dla zasobów własnej szafy, z czasem zmienia się i szablon, i blog zaczyna tworzyć spójną apetyczna całość, aż miło popatrzeć. To wszystko jednak nic. Najfajniejsza jest więź z czytelnikami, a raczej czytelniczkami bo to one tu przeważają :). I nie ma co czarować - blog bez czytelników jest jak spektakl bez widowni, czy koncert bez widza. Określając więc moje podejście do blogowania powołam się na wypowiedź klawiszowca Amy Winehouse:

Amy always used to say to me that that was her dream, really, to play in jazz clubs to small audiences

Jako, że w wielu dziedzinach przedstawicielką mainstreamu nie jestem, więc tym bardziej po roku blogowania, który niedawno upłynął, dziękuję każdej z Was (z tego niewielkiego lecz znakomitego wino-GRONA), która średnio raz w tygodniu gości w moim offowym blogowym klubie i czyta te wypociny, wiedząc że i tak żadnej modowej inspiracji-rewelacji tutaj nie znajdzie. Dziękuję!

Mam w głowie pewne zmiany na Bohemian Street, natomiast nie chwalę się, bo lepiej nie wiedzieć i zrobić, niż obiecać i spocząć na laurach.

Żeby nie przedłużać - wszystko poza rewelacyjną paisley tuniką za całe 8zł z sh, gościło już na blogu tylko w innych kombinacjach. Noo i jeszcze "szaliczek" - w tej roli wystąpił pasek od sukienki :). Koneserów muzyki i wina z okazji tej małej rocznicy zapraszam kilkuminutową ucztę na końcu posta, polskim zwyczajem wino, śpiew i kobieta :).


Spodnie - Orsay
Tunika - Atmosphere(sh)
Kamizelka - Orsay
Buty - Stradivarius
Kapelusz - H&M
Torebka - Stradivarius


poniedziałek, 5 października 2015

POSTCARD FROM PARIS


Miłość jest bezinteresowna. Zamiłowanie do prosty jednak się opłaca. Zwłaszcza wtedy, gdy się leci tanimi liniami do światowej stolicy mody, i cały rozumiany przez siebie szyk trzeba zmieścić w bryle o wymiarach 55x40x20 cm. Dziś przesyłam modową pocztówkę z Paryża. Własnoręcznie zaprojektowaną na podstawie tego, co wpadło mi w oko. Rok temu „wymarzyło” mi się deszczowe niebo nad Paryżem… i jeszcze w trakcie lądowania bardzo szybko tego pożałowałam… ;). Paryż przywitał nas deszczem, który towarzyszył nam przez większość czasu. Dopiero ostatniego dnia wyszło słonko, czego nie omieszkaliśmy wykorzystać. Domy mody mają swoją filozofię, a jak wiadomo ulica rządzi się własnymi prawami. A na paryskiej ulicy czuć już jesień – płaszcze, kozaki kapelusze. Po kolei. Trzy trendy (zjawiska ?), które przyciągnęły moją uwagę:


CZERŃ
Champes-Ellyse tonie w czerni, pięknej klasycznej czerni: małe czarne, golfy, spodnie, wysokie kozaki, trencze, total look. Nie jest to bynajmniej widok smutny, ani nudny! Kobiety różnych narodowości, koloru skóry, typu urody przyodziane w czerń i piękny uśmiech na twarzy. Coś fantastycznego.


TRENCZE
Tak, klasyczne beżowe trencze , chociaż spotkać można było też granatowe i czarne. W wydaniu damskim i męskim. To drugie ujęło mnie zwłaszcza, gdy zobaczyłam eleganckiego mężczyznę lat około 50, w czarnym garniturze, eleganckich półbutach i beżowym trenczu poruszającego się po ulicy… rowerem :D. Stylowym, holenderskim. Żałowałam że nie miałam aparatu pod ręką, bo widok u nas ciągle jeszcze nie spotykany.


PASKI
No właśnie – z przewagą czarno-białych. Czasami miałam wrażenie, że większość kobiet –ze mną włącznie – o paryskim stylu wie tyle, ile o piłce nożnej: „Piłka jest okrągła, a bramki są dwie”, wiecie na zasadzie: Elegancja Francja, a paski są poprzeczne. Rożne kombinacje rozstawienia, szersze, węższe, byle pasiaki. No i tu już muszę przyznać, że w przeciwieństwie do klasycznej czerni, w pasiaku nie każdy już wyglądał dobrze.

Słowem klasyka pełną parą i na topie, inwazji boho jakby mniej niż u nas – fedory głównie na głowach turystek z Azji, a jeśli wypatrzyłam na ulicy jakieś ciekawe bohemianki, często po przejściu obok nich okazywało się, że to .. Polki . Frędzle też w wersji bardzo subtelnej – jedynie na torebkach.

Niestety nie miałam ze sobą żadnego kapelusza, bo jak wiadomo chucham na nie i dmucham, i zawsze mam schiza, że zgubię go gdzieś na lotnisku, albo zostanie zdeformowany w schowku przez czyjś bagaż podręczny. Stylizacją nie zaskoczę, bo w ogóle mało rzeczy miałam. Dwie znane Wam pary spodni: beżowe chino i czarne cygaretki (nie obnoszone ze względu na pogodę), trzy pary butów: adidasy – najczęściej wykorzystywane podczas deszczu, moje wygodne mokasyny i czarne baletki (także nie ubrane z przyczyn pogodowych), oraz klika koszulek. Dobrze, że w ostatniej chwili wrzuciłam do plecaka czarny golfik i sweterek „tak na wszelki wypadek”, bo przecież i tak się nie przyda w ciepłym i słonecznym Paryżu… Mój błąd . Nowością jest mała, czarna torebka – zakupiona tuż przed wyjazdem, bo poprzednia zakończyła swój żywot, oraz lekki lokalny nabytek „I love Paris” – prezent od fotografa – służący podczas pobytu do przechowywania niezbędników na deszcz, czyli peleryny i adidasów. Jedna rzecz jest jednak w Paryżu niezawodna: jak nie wiesz w co się ubrać, ubierz się w czerwoną szminkę :)
Miłego oglądania życzę ja - kobieta o dwóch torbach ! :)

Informatyk wszędzie znajdzie "blue screen" :P :D

Spodnie - Orsay
Golfik - Orsay
Sweter - Orsay
Kurtka - Big Star
Buty - H&M
Torebka - Mohito

środa, 16 września 2015

PROLOG: Savoir-vivre


Czesław śpiewa:
"Każdy plan można zmienić
Lecz wolę życie bez planu
Jak tylko odkurzę mieszkanie
Zdobędę mury Libanu"


Ja tam mimo wszystko w życiu wolę mieć pewne rzeczy zaplanowane, a po sobotnim odkurzaniu mieszkania zdobywam na karcie SD nowe foty na bloga. W jednej kwestii jednak muszę się z Czesławem zgodzić: każdy plan można zmienić. Ba, czasami nawet trzeba!

Taka sytuacja: sobotnie popołudnie. Pomysł na sesję jest - prolog do kolejnych postów z niedawno powstałą knajpka w tle. Knajpka o nazwie wymownej, ze stoliczkami, kawusią, "fracuskim" rogalikiem. Słowem cud miód, miło i przyjemnie. Miało pójść jak po maśle, później miałam porozpływać się nad swoim czekoladowo-biszkoptowym zestawem, zachwytami przyprawiając czytelnika o mdłości. I coś pozgrzytało.

5 minut od "klapnięcia" przy stoliku: pani przynosi menu. Ogródek prawie pusty, oprócz nas konsumuje w nim jedna rodzinka "2+2".
10 minut po rozdaniu menu: pani przychodzi zebrać zamówienie. Nic wielkiego: dwie kawy i dwa rogaliki.
Mija kolejne 15 minut: nadal siedzimy przy pustym stoliku - zaczynam się niecierpliwić, ale liczę, że już za 2-3 minuty napiję się tej kawy.
Mija kolejne 5 minut: widać za szybą Panią wskazującą na nasz stolik. Patrzymy po sobie - coś jest nie tak. Widać, że pani się kręci po kafejce, chwilę później kiwa ręka do współpracowników i mówi "Ciao". Wychodzi. Skończyła zmianę.
Ogródek z niesmakiem opuszczamy i my. Szukamy innego miejsca do tła zdjęć.
Mimo całkowicie pustej kafejki Pani przez Pan 20 minut nie przekazała prostego zamówienia. Mocno ponad pół godziny siedzimy przy pustym stoliku.

SYTUACJA NR 2: inna kawiarenka - także "świeżutka". Piękne wnętrze, bardzo przyjemny ogródek, no aż chce się siedzieć i delektować klimatem. Przychodzi pan "kelner" i czar prysł. Dresowe spodnie, niedoczyszczone trampki, wygnieciony t-shirt, i szczerze: nawet bym tego nie zauważyła... gdyby nie jego paznokcie. Delikatnie reasumując: reklamowane preparaty Scholl czy Steper były by dla nich bardzo wskazane :]. Po mojej głowie chodzi tylko myśl: "mam nadzieję, że on chociaż tylko podaje, a nie przygotowuje zamówienie...". Ogólnie jakoś wszyscy tam "po cywilu" - zupełnie jakby z innej bajki niż anturaż kafejki. Na szczęście widzę, że przygotowuje kto inny. Dzielnie zostaje do końca, ale wracać tam nie zamierzam.

SYTUACJA NR 3: strefa płatnego parkowania w mieście. Uczciwie wrzucam miedziaki do parkomatu, a "wypluty" w podzięce kwitek umieszczam za szybą auta. Przychodzę za jakiś czas, w którym za moją wycieraczką zdążył wyrosnąć mandat na 50 zł. Mam szczęście, bo na horyzoncie przechadza się jeszcze pomarańczowa kamizelka. Podchodzimy do auta wyjaśnić sprawę i słyszę "Ojej, nie zauważyłam kwitka. Bo jest on raczej po stronie pasażera, a zawsze patrzę na stronę kierowcy". Bez komentarza.

SYTUACJA NR 4: płatny parking na jeziorem - bardzo rozległy. Koszt usługi 10 zł. Weekend, "ludziów jak mrówków". Sprawnie zorganizowanie zarządzanie parkingiem, ludki stoją z tablicami "w boksie miejsc wolnych brak", doinformowani, kierują auta do wolnych boksów, gdzie jest cień. Wow, jestem pod wrażeniem. To samo miejsce - tydzień później: przy "boksie" siedzi gość, na plażowym krzesełku, gra na telefonie. "Czy jest tam coś wolnego?" - pytam. "YY,co?" ... chyba mu przeszkodziłam. Obraca od niechcenia głowę w stronę boksu... "yy chyba tak". Jego wzrok wędrował z powrotem na ekran telefonu. Wjechałam. Miejsc wolnych nie było :]. Ugryzłam się w język.

Zestaw jaki jest każdy widzi, więc nie będę już o nim pisać. Zostawiam za to pytanie do dyskusji w kontekście powyższych sytuacji: przesadzam czy jednak mój niesmak jest uzasadniony?

P.S. przez kilka najbliższych dni mnie tu nie będzie :). Jadę na własne oczy przekonać się co to "Elegancja ..." ;). Jak wrócę obiecuję nadrobić wszystkie lektury blogowe :).


Spodnie, Top - Orsay
Kurtka - Big Star
Buty - H&M
Torba - Stradivarius

czwartek, 10 września 2015

LALKA i "KOZIAKI"

Każdy odcinek "Ulicy Sezamkowej" (która emitowana była jeśli dobrze pamiętam w soboty o godz. 7:30 rano, a dla której gotowa byłam wstawać już 6.00) sponsorowana była przez wybraną literkę lub cyferkę. Niech więc nawiązując do tej świeckiej tradycji sponsoringu, dzisiejszego posta sponsoruje literka "K", jak kozaki. "Ulica Sezamkowa" - fajny, sympatyczny program dla dzieci i z dziećmi, których momentami nieprzewidywalne zachowania wprawiały w zakłopotanie stworki zamieszkujące tytułową ulicę :). Pamiętacie ? :)



Dziś już nie zaglądam na Ulicę Sezamkową, ale mam wrażenie, że Ulica Sezamkowa często zagląda do mnie :). W minioną sobotę znowu była sobota, a jak jest sobota, to zazwyczaj włóczymy się po fajnych miejscach (no dobra po różnych miejscach niekoniecznie fajnych :P, najczęściej wzdłuż budowanej DTŚki, komentujemy co się zmieniło od ubiegłego tygodnia, roztrząsając czy zdążą w terminie :P) i robimy foty do bloga. I tak dotarliśmy do Parku Chopina, gdzie mieści się gliwicka Palmiarnia. Było to z resztą w MOIM planie zamierzone, bo miała tam być wystawa fotografii zwierzątek do adopcji ze schronisk w Gliwicach i okolicy. Miała być, ale chyba wewnątrz Palmiarni, gdzie już nie dotarliśmy, bo trafiliśmy na jakąś "imprezę" przed Palmiarnią. Jako że w oko moje od razu wpadły panny poubierane w długie,jasne sukienki z farbanami, w kapeluszach, z parasolami - słowem, tak piękne, jakby mój zeszłotygodniowy sen o podróży w czasie się jednak spełnił :D - instynkt popchnął mnie do źródła tego zamieszania, gdzie dość szybko zorientowałam się, że cała akcja ma związek z publicznym czytaniem "Lalki" (5 września 2015 r. - zdjęcia z tej akcji: TU (klik) POLECAM!). W tej wielkiej euforii utonęłam z aparatem w ogromnym morzu ludzkich głów, znowu trąc poczucie czasu. Gdy nasyciłam już zmysły, zrobiłam zwrot, by do tego "szczęścia" zaciągnąć i fotografa, zobaczyłam na horyzoncie czerwoną flagę. UUuu...naciąga niebezpieczeństwo. "Piknik Seniora. Tu jesteśmy - cała impreza to Piknik Seniora". To chyba jeszcze nie jesteśmy w jej grupie docelowej... Ewakuowaliśmy się więc równie niespodziewanie jak przybyliśmy, i nie muszę chyba dodawać, że odebrałam gromkie "podziękowania" ;), za zapewnienie nam wejściówek na tę fajną zapewne imprezę, szkoda tylko, że o co najmniej 50 lat za wcześnie...Kiedy ja naprawdę chciałam tylko na zwierzątka :P ...

I właśnie w tym momencie, gdy obieram ten "podziękowalny" bukiet kwiatów, przełykając karmelowe Caffe Frappe z Mc Donald's (niekarmelowe mi nie smakuje) słyszę mijającą nas dziewczynkę z Dziadkiem:

"A dlaciego ta pani ma ublane koziaki??"

Pffff...... dobrze, że już przełknąć zdążyłam, bo inaczej nie tylko kurtka ale i sukienka była by w kolorze kawy z mlekiem. "Dobrze Ci tak :P" - wiadomo, do bukietu podziękowań wisienka z tortu gratis :P.

Uśmiechnęłam się i poszliśmy czym prędzej dalej. Trzeba przyznać, że dzieci są najszczersze i mają najtrafniejsze uwagi. Przypomniało mi się od razu, jakże często sama wpuszczałam na różne miny moich rodziców, gdy nadawałam Pani fryzjerce, że Mama mówi, iż Babcia przychodząc od fryzjera wygląda jak pudel (lata 80' - epoka słynnej "trwałej" ;)), albo opowiadając Pani w zerówce, że Tata śpi na walizce (własna interpretacja zasłyszanego "życia/spania - na walizkach" - częstych podróży) i inne takie smaczki ...

Koniec końców zamiast zdjęć w Parku Chopina tradycyjnie zlądowaliśmy w moim Parku Szwajcaria, no i przynajmniej pooglądałam sobie zwierzątka, dużo zwierzątek, bo kaczki chyba się rozmnożyły i pływa ich z piętnaście :D !!!!!

Dlaciego mam koziaki? "Koziaki" mam dlatego, bo to są botki, lekkie, z przewiewnymi dziurkami po bokach, bo są ze skóry naturalnej, oddychają więc sobie, bo jest wrzesień i nie ma już upałów, bo nie czuję się komfortowo w sukienkach z typowo kobiecym bucikiem - mam wrażenie, że nie stąpam w nich twardo ziemi, i dlatego muszę je przełamywać ciężkim butem, bo pasowały kolorystycznie do zamszowej kurtki nabytej za całe 37 zł + przesyłka na vintageforever.pl, bo lubię nosić botki, bo boho lubię, a z bo-ho lubię bo-tki. Dlatego noszę "koziaki" :). "K" - jak "koziaki".



Sukienka - Orsay
Kurtka - vintageforever.pl
Buty - Lasocki
Torba - Orsay

czwartek, 3 września 2015

VABANK: Wąsacze i Torbacz

Każda inicjatywa podejmowana w Gliwicach ma chyba tyle samo zwolenników, co przeciwników. Czasami warto jednak spojrzeć ponad lokalne niesnaski i cieszyć się kulturą, muzyką, klimatem, a wszystko to zostało dostarczone w ramach akcji „Muzyczny Rynek”, jaka miała miejsce w sierpniowe weekendy.

Jako że w sobotnie wieczory na Rynek tak czy tak chadzam, udało mi się za załapać na dwa takie wieczorki. O ile w połowie sierpnia trafiłam na standardy „nowoorleańskie”, i było to miłe, smaczne, tak grający w minioną sobotę również rodzime rozrywkowe kawałki „ENERJAZZER” porwał moją wyobraźnię. Spora gromada ludzi wokół niewielkiej sceny, na której fantastycznie produkuje się pięciu „men in black” w czerwonych muchach i szelkach, a do tego nieformalny roztańczony parkiet… Muszę przyznać, że siedząc w gwarnym ogródku piwnym, przy saksofonowych dźwiękach „Vabanku” i obserwując dancing na środku Rynku można było przenieść się w czasie. Tak mogło wyglądać to miasto przed wojną, gdy główna ulica nie była centrum bankowo-finansowym, tylko kulturalno-handlowym, z niewielkimi sklepikami, co krok kawiarniami z markizą, kinami, teatrami… Ludzie nie gnali na przód, tylko potrafili cieszyć się „tu i teraz”. Takie rozważania zawsze prowadzą mnie do wspomnień, kiedy za dziecka regularnie odwiedzałam z Prababcią niewielką kawiarnię w pobliżu Rynku i pożerałyśmy puchary bitej śmietany z bakaliami :). Nic produktywnego. Nic pośpiesznego. Nie dzwonił telefon w torebce, nikt nie wytykał kalorii czy cholesterolu. Degustacja deseru i wolnego czasu.

Kilkadziesiąt lat PRLu i młody, agresywny kapitalizm zrobiły swoje, ale co począć. Tyle prywaty. Teraz coś o zestawie.

Hmm, wyszło nieco …zaskakująco nawet jak dla mnie. Jest trochę boho, trochę minimalistycznie, trochę hipstersko, takie nie wiadomo co, ale dobrze sprawdziło się w opisanej powyżej aurze. Pierwszym zaskoczeniem są 11cmetowe „wąsacze” :D. Wąsacze - tak nazywam moje nowe buty, bo patrząc na nie z góry mam wrażenie, że to buzia jakiegoś mocno zarośniętego suma :D. Nic więcej - na Rynek podjechać, powyglądać i wrócić. Żadnego zastosowania praktycznego. Po prostu ujęły mnie, bo mają w sobie coś z trzewika XIX-wiecznej pensjonarki. Wąsacze dobrze zgrały się z Torbaczem, więc będzie z nich para na dłużej. Swoją drogą ostatni raz kupowałam parę szpilek dwa lata temu - więc oprócz "Wąsaczy" zamówiłam jeszcze jedne, nie ma co rozmieniać się na drobne. Średnia za ostatnie 2 lata utrzymana, a następne takie szaleństwo dopiero w 2017 roku :D.

Dziurawe boyfriendy… odchodzące ponoć w tym sezonie do lamusa (ale kogo to obchodzi ;) :P). Szkoda mi było wiosną wtopić 150 zł w dziurawe spodnie, więc w Domu Mody Lidl kupiłam je za 39zł, a dziury zrobiłam sama. Trochę to jednak trwało… Muszę przyznać, że chodzi się w nich bardzo wygodnie. Są takie...swojskie :D. Zastanawiałam się, czy nie zestawiać ich z całkiem białym t-shirtem, ale robiło się zbyt minimalistycznie, dlatego wygrał ten z obrazkami-pocztówkami rodem niczym ze Space Coast - hipstersko i sufrersko ;).

Nadal lekko, wakacyjnie i przymróżeniem oka ;). Słowem zestaw Vabank, bo może wywołać niesmak u wielbicieli "czystych" stylów z połączenia.




Z cyklu "Mamo - ja w tych butach chodzę!!! I nawet nogę podnieść mogę" :D


Bluzka - Orsay
Spodnie - Lidl (dziury popełniłam ja)
Buty - DeeZee
Marynarka - nn (SH)
Kapelusz - Orsay
Torba - H&M
Okulary - gratis z promocji "Fa" :)